piątek, 16 listopada 2012

Ślady...

 Kiedyś moja koleżanka napisała mi w życzeniach: "Żyj tak, aby inni idąc Twoim śladem znaleźli Boga". Ostatnio dużo się nad tym zastanawiam... Jaki zostawiam ślad? dokąd prowadzi? Czy ludzie choć w małej cząstce są zachęceni do relacji z Bogiem, poznawania Go? Czy kiedy mówię o Bożej miłości, to moje życie naprawdę ją pokazuje? To ostatnio bardzo ważne kwestie w moim życiu. Czy to co mówię, pokrywa się z tym jak żyję. Na to patrzą ludzie, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub w swoim liście napisał, że wiara bez uczynków jest martwa. Myślę sobie, że wcale nie próbował obalić tutaj tego, że jesteśmy zbawieni z łaski, nie z uczynków. Ale jeśli tak naprawdę żyjemy z Bogiem, tak naprawdę Go poznajemy, rozkochujemy się w Nim, to uczynki idą za tym automatycznie, lecz wynikają z miłości. Jaki zostawiam ślad? Robię coś, bo muszę? Dźwigam swój krzyż bo muszę? Czy robię coś, bo tego pragnę? Jeśli coś muszę, to mój ślad będzie prowadzić do więzienia, legalizmu, utrapienia i zera radości ze służby. Ale jeśli chcę... Wiem, że tym co mogę dać najcenniejszego na tym świecie jest miłość, bo tylko ona jest w stanie skruszyć skały, roztopić nawet wielkie góry lodowe. Ale wiem też, że aby taki ślad miłości zostawić, muszę się przy drugim człowieku zatrzymać, dać mu odczuć, że jest ważny i że zatrzymuję się specjalnie dla niego...


piątek, 2 listopada 2012

Zrobić o krok więcej...

"1 Jeśli więc jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli - jakaś moc przekonująca Miłości, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie - 2 dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, 3 a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. 4 Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! "
Filipian 2; 1-4


Często jest tak, że ktoś "leży" nam na sercu. Myślimy o tej osobie, modlimy się o nią, czasem nawet napiszemy do niej wiadomość, że pamietamy, że się modlimy.
W ostatnim czasie jednak zrozumiałam, że trzeba zrobić krok więcej. Zaangażować się, czyli zrobic coś, czego raczej staramy się unikać. Łatwiej jest nam mówić jak wiele ktoś dla nas znaczy, ale o wiele trudniej jest poświecić czas, by tej osobie to pokazać. Myślę, że Pan Bóg wypycha nas by iść za swoją modlitwą, by być tym/tą, która poda rękę potrzebującemu. Naturalnym jest, że budzi się w nas poczucie braku czasu, bo praca, bo szkoła, bo znajomi. Czasem jednak trzeba umieć rezygnować z rzeczy dobrych, by móc wybierać te najlepsze. Nic nie buduje bardziej niż wiara czynna w działaniu. Nic nie wywołuje takiego usmiechu, jak oglądanie budzącego się w drugim człowieku życia. Nic nie zespala tak małżeństwa, jak wspólne usługiwanie innym ludziom przez proste otworzenie domu, kolacje, czas. Nie myślmy tylko o sobie i o tym co nasze, ale spójrzmy szerzej, na potrzeby innych. Ludzie potrzebują słów, które budują, słów wiary, których może nigdy nie słyszeli. Ludzie potrzebują doświadczyć prostej gościnności, która może stopić lód ich serca. Ludzie potrzebują kogoś z kim mogliby oglądać kazania, studiować Biblię, pójść do kina, na kawę, do parku na spacer. Potrzebny jest ktoś kto czasem zajmie się dziećmi.W końcu ludzie wokół nas potrzebują jedzenia, może ubrań.  Praktycznych potrzeb jest naprawdę wiele. Ale we wszystkich chodzi tak naprawdę o jedno: POTRZEBNY JEST KTOŚ, KOMU ZALEŻY. Rozejrzyj się wokół siebie, wyciągnij rękę, a zobaczysz jak sam powstaniesz!