Kiedyś moja koleżanka napisała mi w życzeniach: "Żyj tak, aby inni idąc Twoim śladem znaleźli Boga". Ostatnio dużo się nad tym zastanawiam... Jaki zostawiam ślad? dokąd prowadzi? Czy ludzie choć w małej cząstce są zachęceni do relacji z Bogiem, poznawania Go? Czy kiedy mówię o Bożej miłości, to moje życie naprawdę ją pokazuje? To ostatnio bardzo ważne kwestie w moim życiu. Czy to co mówię, pokrywa się z tym jak żyję. Na to patrzą ludzie, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub w swoim liście napisał, że wiara bez uczynków jest martwa. Myślę sobie, że wcale nie próbował obalić tutaj tego, że jesteśmy zbawieni z łaski, nie z uczynków. Ale jeśli tak naprawdę żyjemy z Bogiem, tak naprawdę Go poznajemy, rozkochujemy się w Nim, to uczynki idą za tym automatycznie, lecz wynikają z miłości. Jaki zostawiam ślad? Robię coś, bo muszę? Dźwigam swój krzyż bo muszę? Czy robię coś, bo tego pragnę? Jeśli coś muszę, to mój ślad będzie prowadzić do więzienia, legalizmu, utrapienia i zera radości ze służby. Ale jeśli chcę... Wiem, że tym co mogę dać najcenniejszego na tym świecie jest miłość, bo tylko ona jest w stanie skruszyć skały, roztopić nawet wielkie góry lodowe. Ale wiem też, że aby taki ślad miłości zostawić, muszę się przy drugim człowieku zatrzymać, dać mu odczuć, że jest ważny i że zatrzymuję się specjalnie dla niego...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz