niedziela, 12 lutego 2012

Gorące przyjęcie...

Start godzina 6:45 Warszawskie metro Wilanowska. Ulice są puste, co ciekawe tuż przy pętli z baru dobiegają nas dźwięki głośnej muzyki. Zastanawiam się czy ludzie tam dopiero kończą zabawę, czy też może co gorsza już ją zaczynają..
Jedziemy- jest naprawdę szybko, tanio i komfortowo, nielicząc faktu, że spośród ponad 50 siedzeń, to właśnie chłopak obok nas nie wytrzumuje pędu jazdy i "wylewa wszelkie swoje żale" do torebki foliowej. Nie ma to jak dobrze rozpocząć cudowny wyjazd. Potem idzie już gładko Częstochowa, Katowice. Tuż przed granicą zaskakuje mnie pomysłowość Polaków do zarabiania pieniędzy, a właściwie do zdzierania pieniędzy. Do toalety ustawione są specjalne bramki, podobne do tych, przez które przepuszczani są kibice na mecz. Kołowrotek jednak nie przekręci się dopóki nie wrzucisz 1zł. Koniec wchodzenia parami! Koniec z darmową toaletą! Już nikt się nie przeciśnie!
Jedziemy dalej, za nami zostają Czechy, na Słowacji zachwyca mnie mały, drewniany barek, w którym nie ma prawie nic sensownego do zjedzenia, czy picia, ale jest WiFi- tzw. rozwojowa inwestycja.
Na komórkę przychodzi sms: moja sieć wita mnie w Austrii. W końcu upragniony Wiedeń i to nawet pół godziny przed czasem. Dzięki Bogu po drodze mijaliśmy nasz hotel, bo Łukasz zapomniał zapisać sobie adres.
Nasz hotel nazwałabym: hotelem przełamań i gorących powitań. W pokoju jest chyba z 40 stopni, co sprawia, że czuję się prawie jak na Krecie. Przełamaniem jest prysznic, który od pooju oddziela... szyba. Schodzimy do hotelowej "piekarni" na kawę i cistko... Wspaniały wieczór, z najlepszym facetem, pełen śmiechu i normalności. Dziś mogę dziękować Bogu za obfitość Jego łaski, bo dostałam więcej niż mogłam chcieć...


1 komentarz:

  1. nadmieniam, że wiedziałem gdzie jest hotel, obawiałem się jedynie zaskoczenia, że wysiądziemy w innym miejscu niż przewidywałem :>

    OdpowiedzUsuń